List
To było w I klasie.Marcelina miała zaledwie osiem lat kiedy ją i jej ojca zostawiła jej matka.Była ona chora na raka.Wraz z jej tatą nie mogła się pozbierać po utracie tak ważnej dla nich osoby.Minęło pięć lat i gdy myślała,że gorzej być nie może,stało się coś czego nigdy nie zapomni.
Jechała ze swoim tatą do jego przyjaciół,którzy mieszkali kilkanaście kilometrów od Dublina,w którym mieszkała ze swoim tatą.Były początki zimy.Nagle śnieg zaczął pruszyć jak opętany.Na drodze robiło się coraz bardziej ślisko.Wycieraczki samochodowe nie nadążały z wycieraniem szyb.Po chwili zza zaśnieżonej szyby wyłoniły się dwa jasne światełka.Na prost ich samochodu jechała ciężarówka.Tata Marceliny gwałtownie skręcił i uderzył w przydrożne drzewo.
Po kilku dniach od wypadku Marcelina obudziła się ze śpiączki.Okazało się,że uratował ich jakiś człowiek,który mieszkał na odludziu,niedaleko tego zdarzenia.Gdy tylko Marcelina odzyskała siły zapytała się o swojego ojca.To co usłyszała od lekarza wywróciło jej świat do góry nogami.
Jej tata zmarł w drodze do szpitala.Na jego pogrzeb przyszła tylko ona oraz kilka przyjaciół jego rodziców.Z rodziny nikt nie przyszedł.Marcelina sama nie wiedziała czy w ogóle ktoś żyje.Przez to,co stało się tamtego wieczoru musiała pójść do domu dziecka.Chodziła do szkoły jak normalne trzynastoletnie dziecko.Jednak jej rówieśnicy naśmiewali się z niej oraz jej rodziców.Wyśmiewali się z jej ciuchów i z tego,że jej rodzice umarli z powodu alkoholizmu,a nie z powodu wypadku oraz raka.Czasami Marcelina miała nadzieję,że to wszystko to jeden,głupi sen,który po prostu ciągnie się w nieskończoność.
Pewnego dnia do jej pokoju,który dzieliła z dwiema dziewczynami,które nienawidziły jej z czystego serca,przyszła opiekunka domu dziecka:
-Dzień dobry-powiedziała lekko rozgniewanym głosem.Marcelina kochała ją jak kogoś ze swojej,ponieważ tylko jej mogła się szczerze zwierzyć,lecz dzisiaj zauważyła,że coś się stało.
-Dzień dobry.Czy coś się stało?
-Nic,nic tylko ci chłopcy piętro wyżej nonstpop się kłócą oraz biją.Mam już tego wszystkiego dość.-powiedziała zrozpaczonym głosem.-Ale za to mam coś dla ciebie?
-Dla mnie?Naprawdę?A co?-powiedziała szybko wstając z łóżka i podchodząc do opiekunki.
-List,ale nie wiem od kogo.-pokazała list w lekko żółtej kopercie.Marcelina już go otwierała,gdy,nagle piętro wyżej usłyszała wrzaski.
-No nie.Znowu.Muszę iść ich uspokoić,ale tobie życzę miłego czytania.-powiedziała,po czym oddaliła się na górę.
Jechała ze swoim tatą do jego przyjaciół,którzy mieszkali kilkanaście kilometrów od Dublina,w którym mieszkała ze swoim tatą.Były początki zimy.Nagle śnieg zaczął pruszyć jak opętany.Na drodze robiło się coraz bardziej ślisko.Wycieraczki samochodowe nie nadążały z wycieraniem szyb.Po chwili zza zaśnieżonej szyby wyłoniły się dwa jasne światełka.Na prost ich samochodu jechała ciężarówka.Tata Marceliny gwałtownie skręcił i uderzył w przydrożne drzewo.
Po kilku dniach od wypadku Marcelina obudziła się ze śpiączki.Okazało się,że uratował ich jakiś człowiek,który mieszkał na odludziu,niedaleko tego zdarzenia.Gdy tylko Marcelina odzyskała siły zapytała się o swojego ojca.To co usłyszała od lekarza wywróciło jej świat do góry nogami.
Jej tata zmarł w drodze do szpitala.Na jego pogrzeb przyszła tylko ona oraz kilka przyjaciół jego rodziców.Z rodziny nikt nie przyszedł.Marcelina sama nie wiedziała czy w ogóle ktoś żyje.Przez to,co stało się tamtego wieczoru musiała pójść do domu dziecka.Chodziła do szkoły jak normalne trzynastoletnie dziecko.Jednak jej rówieśnicy naśmiewali się z niej oraz jej rodziców.Wyśmiewali się z jej ciuchów i z tego,że jej rodzice umarli z powodu alkoholizmu,a nie z powodu wypadku oraz raka.Czasami Marcelina miała nadzieję,że to wszystko to jeden,głupi sen,który po prostu ciągnie się w nieskończoność.
Pewnego dnia do jej pokoju,który dzieliła z dwiema dziewczynami,które nienawidziły jej z czystego serca,przyszła opiekunka domu dziecka:
-Dzień dobry-powiedziała lekko rozgniewanym głosem.Marcelina kochała ją jak kogoś ze swojej,ponieważ tylko jej mogła się szczerze zwierzyć,lecz dzisiaj zauważyła,że coś się stało.
-Dzień dobry.Czy coś się stało?
-Nic,nic tylko ci chłopcy piętro wyżej nonstpop się kłócą oraz biją.Mam już tego wszystkiego dość.-powiedziała zrozpaczonym głosem.-Ale za to mam coś dla ciebie?
-Dla mnie?Naprawdę?A co?-powiedziała szybko wstając z łóżka i podchodząc do opiekunki.
-List,ale nie wiem od kogo.-pokazała list w lekko żółtej kopercie.Marcelina już go otwierała,gdy,nagle piętro wyżej usłyszała wrzaski.
-No nie.Znowu.Muszę iść ich uspokoić,ale tobie życzę miłego czytania.-powiedziała,po czym oddaliła się na górę.
Marcelina otworzyła list.Pisało w nim:
Droga Marcelino!
Od długiego czasu zbierałam się,aby napisać list do Ciebie.Dzisiaj nadszedł ten czas.Mam nadzieję,że wszystko zrozumiesz.
Nazywam się Amalia Grow.Jestem,a właściwie byłam daleką kuzynką twojej mamy.Pewnie zastanawiasz się dlaczego nie byłam na żadnym z pogrzebów twoich rodziców.No cóż dopiero kilka dni temu dowiedziałam się o tym,że twoi rodzice nie żyją,a ty trafiłaś do domu dziecka.Jest mi tak głupio,że nie mogłam wspierać Cię w tych wszystkich trudnych chwilach.Dlatego pomyślałam,że odpłatą dla Ciebie będzie to,że chciałabym abyś zamieszkała ze mną.Jeżeli oczywiście się zgodzisz.Wiem,że musisz mnie najpierw poznać,dlatego pomyślałam,że mogłybyśmy spotkać się w King's Coast w przyszłą sobotę o 16:00.Mam nadzieję,że się zgodzisz.
Proszę odpisz jak najszybciej.Będę czekać z cierpliwością.
Ciocia
Amalia Grow
Marcelina była nieco zdziwiona.Rodzice nigdy o kimś takim nie wspominali,ale coś jej podpowiadało,że to właśnie tam będzie naprawdę szczęśliwa.Była już 22:37,ale na zewnątrz nadal było całkiem jasno,w końcu były początki lata i na całe szczęście ostatnie dni szkoły.Marcelina cała pochłonięta myślami zasnęła.
Była 7:30.Marcelina musiała szybko wstać,ponieważ miała lekcje na 8:00.Pięć dni minęło jej nieubłagalnie szybko.
Jest sobota.To dziś ma spotkać się z kobietą od listu.Na zegarku widniała godzina 13:00.Marcelina poszła do pokoju obok,w którym mieszkała Nina.Nina jest czternastoletnią dziewczyną.Ma jasne i bardzo długie włosy.Jest nieco wyższa od Marceliny.Wygląda na bardzo skrytą w sobie.Koleguje się z Marceliną,ale nie są przyjaciółkami,ponieważ bywa tak,że obgadują się nawzajem,a potem nie odzywają się do siebie przez kilka tygodni.
-Cześć.-powiedziała Marcelina,jednak Nina nic nie usłyszała.-Cześć.-powtórzyła trochę głośniej,ale wciąż za cicho,aby Nina coś odpowiedziała.Podeszła do niej i krzyknęła-Cześć!!!
-O Boże!-podskoczyła z przerażenia.-Cześć.Czemu krzyczysz?-zapytała roztrzęsiona ze strachu.
-Nie słyszałaś.-odpowiedziała,śmiejąc się jednocześnie.
-Nigdy więcej tak nie rób.A tak wogóle to czemu przyszłaś?Coś się stało?
-A czy nie mogę przyjść tak poprostu?-zapytała po czym usiadła na lekko połamanym krześle.
-Uważaj,żebyś się nie przewróciła.Słyszałaś wczoraj te krzyki na górze?
-Nie...nic nie kojarzę.
-Właśnie to krzesło rzucane było w pokoju chłopaków.
-Ooo.To może ja z niego zejdę,żeby się nie połamało do końca.
-Jak tam chcesz.-powiedziała wciąż patrząc się na krzesło,jakby chciała do niego podbiec,wziąść na ręce i opłakiwać do samej nocy.
-Hmm...Nina wiesz co?
-Nie,no co?-zapytała przestając patrzeć się na krzesło.
-Sama niewiem,czy mam Ci to powiedzieć.-powiedziała lekko zakłopotana.
-No mów,jak już się zaczyna to się też kończy.
-No dobraaa-przedłużyła.-Dostałam list od pewnej kobiety,która mówi,że jest moją ciocią.-zaczęła wszystko szczegółowo opowiadać,a Nina słuchała jakby zaczarowana.
-Ja tam bym jej zaufała ,ale najfajniej jakby miała chociaż jakiś mały dowód.
-Pewnie masz rację.
-Pewnie?Na pewno.-Można powiedzieć,że ona także potrafi poprawić humor.
Marcelina wróciła do swojego pokoju,ponieważ była już 15:00,a do King's Coast miała gdzieś z 15 minut.Otworzyła swoją niewielką szafę,aby wybrać coś na wyjście.Nie miała za dużego wyboru,ale wybrała <klik> .Były to jej najlepsze ciuchy,które dostała od opiekunki na swoje dwunaste urodziny.Już wtedy była bardzo wysoka.Po 30 minutach powiadomiła opiekunów,że wychodzi.
-Proszę pani wychodzę do restauracji.Jak coś to wracam o 21:00.Jeżeli nie wrócę o tej godzinie to proszę dzwonić na policję.-zaśmiała się.
-Znając ciebie,lepiej już się przygotuję.-powiedziała również się śmiejąc.
W ciągu 15 minut doszła do King's Coast.Weszła i rozejrzała się,ale w restauracji była tylko jakaś rodzina oraz jakiś biznesman,który czytał ,,Jak zdobyć milion euro w jeden dzień''.
,,Przydałoby mi się tyle pieniędzy''-pomyślała i usiadła do pierwszego lepszego stolika.Miała przy sobie 20 euro,więc zamówiła sok pomarańczowy.Siedziała tak bezczynnie prze około pół godziny.Wreszcie postanowiła,że wróci.Jednak przybiegła do niej kobieta,jakby z prędkością światła i poprosiła,aby poczekała.Miała na sobie starą brązową sukienkę,która sięgała jej do kostek,kurtkę w odcieniu ciemnej zieleni.Na głowie miała stary słomiany kapelusz,który z każdym gwałtownym ruchem sypał na zimię kawałek słomy.
-Przepraszam,że się spóźniłam,ale nie mogłam znaleźć mojej miotły.
-Że co?Jakiej miotły?-odpowiedziała zaciekawiona.-Po co pani miotła?
-Miotły?Eee...ja nic nie...nie mówiłam o żadnej miotle.-odpowiedziała zkłopotana.
-Hmm...może się przesłyszałam.Przepraszam proszę pani.
-Ooooo nic się nie stało,słonko.Mów mi ciociu Amalio.-powiedziała baaaaaardzo radosnym głosem.
-No cóż,czemu nie...proszę paaa...ciociu Amalio.
-No tak lepiej,aż się milej na sercu robi.
-Tak,nawet,a czy ma pani jakiś dowód,który pokazuje,że jest pani moją ciocią?Jeżeli można spytać.-zapytała.
-Wiedziałam,że takie pytanie dzisiaj padnie,dlatego się przygotowałam-powiedziała i wyjęła ze swojej zakurzonej torebki zdjęcia,kilka pamiętników itp.
-Jejciu.Jakie skarby...ciociu.-powiedziała po czym wstała,aby przytulić swoją nową ciocię,która odwzajemniła uścisk.
Przez kilka godzin rozmawiały o rodzinie,domie dziecka itp.Wreszcie doszły do tematu z przeprowadzką do nowego domu.
-Więc jak przemyślałaś przeprowadzkę do mnie-zapytała.
-Nie wiem sama.Potrzebuję jeszcze trochę czasu.
-No dobrze.Dam ci jeszcze trochę czasu...już wiesz?-zapytała ze śmiechem.
-No oczywiście...że nie.-odpowiedziała również się śmiejąc.
Marcelina spojrzała na zegarek była 20:30.-O nie,muszę już wracać.Jest późno.Może spotkamy się jutro?
-Oczywiście no to jutro o tej samej godzinie w tym samym miejscu.
-Proszę pani wychodzę do restauracji.Jak coś to wracam o 21:00.Jeżeli nie wrócę o tej godzinie to proszę dzwonić na policję.-zaśmiała się.
-Znając ciebie,lepiej już się przygotuję.-powiedziała również się śmiejąc.
W ciągu 15 minut doszła do King's Coast.Weszła i rozejrzała się,ale w restauracji była tylko jakaś rodzina oraz jakiś biznesman,który czytał ,,Jak zdobyć milion euro w jeden dzień''.
,,Przydałoby mi się tyle pieniędzy''-pomyślała i usiadła do pierwszego lepszego stolika.Miała przy sobie 20 euro,więc zamówiła sok pomarańczowy.Siedziała tak bezczynnie prze około pół godziny.Wreszcie postanowiła,że wróci.Jednak przybiegła do niej kobieta,jakby z prędkością światła i poprosiła,aby poczekała.Miała na sobie starą brązową sukienkę,która sięgała jej do kostek,kurtkę w odcieniu ciemnej zieleni.Na głowie miała stary słomiany kapelusz,który z każdym gwałtownym ruchem sypał na zimię kawałek słomy.
-Przepraszam,że się spóźniłam,ale nie mogłam znaleźć mojej miotły.
-Że co?Jakiej miotły?-odpowiedziała zaciekawiona.-Po co pani miotła?
-Miotły?Eee...ja nic nie...nie mówiłam o żadnej miotle.-odpowiedziała zkłopotana.
-Hmm...może się przesłyszałam.Przepraszam proszę pani.
-Ooooo nic się nie stało,słonko.Mów mi ciociu Amalio.-powiedziała baaaaaardzo radosnym głosem.
-No cóż,czemu nie...proszę paaa...ciociu Amalio.
-No tak lepiej,aż się milej na sercu robi.
-Tak,nawet,a czy ma pani jakiś dowód,który pokazuje,że jest pani moją ciocią?Jeżeli można spytać.-zapytała.
-Wiedziałam,że takie pytanie dzisiaj padnie,dlatego się przygotowałam-powiedziała i wyjęła ze swojej zakurzonej torebki zdjęcia,kilka pamiętników itp.
-Jejciu.Jakie skarby...ciociu.-powiedziała po czym wstała,aby przytulić swoją nową ciocię,która odwzajemniła uścisk.
Przez kilka godzin rozmawiały o rodzinie,domie dziecka itp.Wreszcie doszły do tematu z przeprowadzką do nowego domu.
-Więc jak przemyślałaś przeprowadzkę do mnie-zapytała.
-Nie wiem sama.Potrzebuję jeszcze trochę czasu.
-No dobrze.Dam ci jeszcze trochę czasu...już wiesz?-zapytała ze śmiechem.
-No oczywiście...że nie.-odpowiedziała również się śmiejąc.
Marcelina spojrzała na zegarek była 20:30.-O nie,muszę już wracać.Jest późno.Może spotkamy się jutro?
-Oczywiście no to jutro o tej samej godzinie w tym samym miejscu.
Pożegnały się i obie poszły w swoją stronę.